« Sen | Strona główna | Budujemy mosty »

Warto umierać za Joaninę

Opublikował Marcin, poniedziałek, 09 lipiec, 2007 5:36.06

Sprawy, które można czasami w Europie załatwić za pomocą jednego maila bądź faksu, potrafią się ciągnąć w Chinach całymi dniami. Niekończące się negocjacje. Ciągłe powroty do spraw, które wydawały się już zamknięte. Wydawały się. Próby renegocjacji podczas uroczystego obiadu, zwołanego tylko po to, żeby podpisać uzgodniony już w najdrobniejszych szczegółach kontrakt. Bo jednak to nam się nigdy nie podobało, ale zgodziliśmy się, żeby nie robić wam przykrości. Zapisanie czegoś w kontrakcie nie gwarantuje nienaruszalności punktu. Można do tego wrócić w dowolnym momencie, bo zmieniły się warunki. Albo przemyślenia.
Potem, już w trakcie realizacji kontraktu okazuje się, że pomimo wielodniowego maratonu negocjacyjnego, nikt nic nie wie. Wszechogarniające zdziwienie (To naprawdę należy do naszego zakresu prac?!) to codzienny kompan. Odpowiedź, że przecież jest to jasno opisane w kontrakcie, to nie jest liczący się w dyskusji argument. Wszak jak mówi stare chińskie powiedzenie "Nic co jest napisane na papierze nie jest warte tyle, co papier na którym jest to napisane". Wszystko dociera się w trakcie pracy.
Najdziwniejsze sytuacje zdarzają się, gdy chiński podwykonawca zleca coś innej chińskiej firmie. Czasami okazuje się, że między nimi nie ma żadnego pisemnego kontraktu, tylko właściciele firm uzgodnili coś przy obiedzie. Sami do końca nie wiedząc co, ale że mają dobre guanxi, to jakoś sprawy potem rozliczą.
Można sobie z tym poradzić, ale wymaga to sporej cierpliwości. I przyzwyczajenia.

Wynegocjowano

Przypomniało mi się to wszystko podczas czytania relacji prasowych z zakończonego oczywiście niebywałym sukcesem wyjazdu polskiej ekipy negocjacyjnej do Brukseli. Ekipy kierowanej przez Najlepszego w historii Prezydenta i świeżo powstałą z klęczek Minister Spraw Zagranicznych. Duet prawdziwych patriotów, którzy to do dzisiaj wydają się nie wiedzieć, ani co wynegocjowali, ani tym bardziej pod czym się podpisali. Ani przywiązywać do tego specjalnej wagi, najwyżej będziemy umierać jeszcze raz, tym razem pod hasłem Joanina albo śmierć. Hasło Warto umierać za Joaninę również jest godne rozważenia.
Niemniej jednak trudno doszukiwać się jakiś daleko idących analogii pomiędzy przeciętnym Misterem Zhao a najlepszym Prezydentem. Może oprócz tego, że zazwyczaj przeciętny Mister Zhao również nie mówi po angielsku. Mister Zhao nie wie co podpisuje, bo w jego kulturze nie ma to specjalnego znaczenia. Minister powstała z klęczek, bo nie ma wystarczających kompetencji. Ja już wolę Mistera Zhao.
Nie ma co ciągnąć tego wątku dalej, i to nie z obawy przed najwyższym możliwym obecnie wymiarem kary, czyli publicznym zerwaniem kontaktów przez Najlepszego Prezydenta. W prime-time telewizji publicznej. Z miną obrażonego 5-cio latka. Któremu właśnie kazano oddać zabawkę, którą pożyczył na chwilę od kolegi. Nie grozi mi to, bo nie znam osobiście Najlepszego Prezydenta. A ponadto trzymam bezpieczny dystans. Dziesięć tysięcy kilometrów. Odległość prawie nie do pokonania dla Tupolewa 154. Jestem w kraju, w którym każdy komunistyczny aparatczyk średniego szczebla robi wrażenie profesjonalisty. Może nie zawsze, ale w chwilę po przeczytaniu wiadomości z Polski na pewno. Później, jak już się człowiek otrząśnie się z polskiej tragifarsy, bywa różnie. Ale to już inna historia ...

Edytowano : sobota, 24 kwiecień, 2010 21:04.25

« Sen | Top | Budujemy mosty »