« Deja vu po czterystu latach | Strona główna | Chwila zwątpienia »

Stronniczy przegląd wywiadu z Arturem Zawiszą

Opublikował Marcin, wtorek, 22 sierpień, 2006 21:59.52

Pełny tekst wywiadu: Duży Format, dodatek do Gazety Wyborczej z 22.08.2006.
Za stronnicze wyrwanie cytatów z kontekstu i niestosowny komentarz odpowiedzialny jest wyłącznie autor bloga.

. . . . . . . . . . . .

Jak Pan sobie poradził?
Wymówienie z redakcji dostałem w połowie października 1997 roku. Do pracy przychodzić już nie musiałem. Myślałem: rząd AWS, koledzy ministrowie, posłowie, szybko coś znajdę. Ale długo chodziłem po prośbie.
Wreszcie ktoś umówił mnie z Waldemarem Gasperem, ówczesnym doradcą Buzka. Porozmawiałem z nim o życiu. I uznał, że trzeba mnie zatrudnić, z początkiem 1998 roku zostałem doradcą Wiesława Walendziaka, który szefował kancelarii premiera. Potem awansowałem na szefa gabinetu politycznego ministra Walendziaka.

. . . . . . . . . . . .

W 1999 roku stracił Pan jednak rządowy etat. Z kancelarii premiera odszedł wtedy Wiesław Walendziak.
Nie chciałem tego. Rozmawiałem nawet z Kazimierzem Marcinkiewiczem, który zastąpił Walendziaka przy premierze. Ale atmosfera była taka, że trzeba pozbyć się poprzedniej ekipy. Dano mi do zrozumienia, że w kancelarii nie mam czego szukać. Funkcję sekretarza generalnego ZChN sprawowałem społecznie, pojawiło się pytanie: z czego żyć? Dostałem propozycję pracy jako doradca w zarządzie towarzystwa emerytalnego PZU "Złota Jesień".

Co Pan tym razem doradzał?
Zajmowałem się kwestiami medialnymi, politycznymi i legislacyjnymi, czyli kontaktami z Urzędem Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi. Tworzyliśmy trójkąt: prezes, rzecznik i ja. Dokonywaliśmy analizy całokształtu sytuacji i podejmowaliśmy stosowne decyzje. Już jako poseł napisałem projekt nowelizacji ustawy o funduszach emerytalnych, który został bardzo źle przyjęty przez branżę.
Byłem z tego dumny, bo to oznaczało, że mimo iż sam pracowałem w funduszach, nie uległem interesom tej branży.

. . . . . . . . . . . .

Można się tylko domyślać, że pomysł zakupienia poniedziałkowej Gazety Wyborczej i przestudiowania dodatku Praca wydał sie panu Zawiszy tak absurdalny, że aż nie warty wspomnienia. Pewnie dlatego że w firmach które się tam ogłaszają, na rozmowach kwalifikacyjnych, nie rozmawia się o życiu, tylko stara się rzetelnie ocenić kompetencje kandydata.
Strach przed wolnym rynkiem zdaje się łączyć członków różnych partii w wielkie stronnictwo zachowania status quo. Wystarczy sobie wyobrazić, co mogliby robić tacy panowie Zawiszowie, których można znaleźć w każdej partii, gdyby sprywatyzować wszystkie spółki skarbu państwa i gdyby nie było synekur w PZU Życie? Zostaliby wydania na pastwę wolnego rynku, co nieuchronnie skończyłoby się tragedią po tytułem Życie za 1500 złotych.
Nawiasem mówiąc, wielka szkoda że pan Przewodniczący Bankowej Komisji Śledczej nie ujawnił z kim i o czym rozmawiał na rozmowie kwalifikacyjnej w PZU Złota Jesień, o ile takowa się w ogóle odbyła. W 1999 roku grupą PZU rządził przecież sprawdzony, namaszczony przez AWS, duet prezesów Jamroży-Wieczerzak. Ale to już może sprawa dla komisji śledczej w następnym parlamencie. O ile oczywiście lewica laicka zdoła odebrać władzę katolewicy.
Zapewne projekt ustawy o funduszach emerytalnych, z którego poseł Zawisza jest dumny tylko dlatego, że został bardzo źle przyjęty przez branżę, był kamieniem milowym w jego karierze. Można nawet powiedzieć, że to przewodniczący Zawisza sformułował założenia procesu legislacyjnego a'la PiS. Im bardziej projekt jest krytykowany, zwłaszcza przez specjalystów, tym jest lepszy, bo groźniejszy dla układu. Nie znam projektu ustawy przygotowanego przez pana Zawiszę, być może był dobry, ale przywołane referencje są żałosnie śmieszne.
Ciekawe co zrobi władza, gdy łże elity zorientują się, że najgłośniej krytykowane projekty przechodzą i odwróci sytuację, zaczynając chwalić niekorzystne dla siebie rozwiązania a krytykować korzystne? Po lekturze wywiadu z jednym z bardziej prominentnych polityków PiS jestem przekonany, że zorientowanie się w sytuacji zajęłoby im co najmniej kilka miesięcy. O ile nie lat ....

« Deja vu po czterystu latach | Top | Chwila zwątpienia »