Łabędzi śpiew?
Opublikował Marcin, czwartek, 17 sierpień, 2006 22:30.34Gdańscy stoczniowcy i politycy PiS - jedząc kiełbaski i popijając piwo - świętowali w sobotę rozwód ze Stocznią Gdynia. Mam nadzieję że wszystkim smakowało. Festyn był raczej z okazji wypełnienia przez PiS pierwszej i zapewne ostatniej, obietnicy wyborczej. Ale odpowiedzi na pytanie Co dalej? wciąż nie ma.
Na razie będzie prawdopodobnie chwila spokoju, politycy PiS marzyli zapewne, między kolejnymi kęsami kiełbasy z grilla, żeby potrwała chociaż do wyborów samorządowych. Później, ponieważ rząd nie wydaje się mieć jakiegokolwiek pomysłu na rozwiązanie kłopotów branży, stoczniowcy będą musieli wybrać się na grupową wycieczkę do Warszawy, ponegocjować z żoliborską inteligencją. Wynegocjują tam, w sposób przećwiczony już wielokrotnie przez górników, kilka miliardów złotych dotacji, które podtrzymają przy życiu ich stocznie. Nie muszą się przy tym obawiać że minister Dorn weźmie ich w kamasze, stoczniowcy to nie lekarze, mają twarde pięści, kaski na głowach i buty ze stalowymi czubkami. Ta władza czuje się silna jedynie wobec tych, którzy nie mają kilofów w rękach. Tym sposobem serial pt. Agonia polskiego przemysłu okrętowego zostanie być może przedłużony o następnych kilkanaście miesięcy.
Pewien doświadczony inspektor, mający więcej lat przepracowanych w różnych stoczniach, niż ja mam na karku, w luźnej rozmowie wieszczył nieuchronny upadek polskiego przemysłu okrętowego w ciągu kilkunastu lat. Przyczyna miałaby być prosta: brak kadry średniego szczebla. Nie ma mistrzów, brygadzistów, nikt ich nie szkoli, stocznie pozamykały szkoły przyzakładowe. Politechnika wykształci jeszcze kilkuset inżynierów, ale sami inżynierowie statków nie wybudują. Przy większości bardziej skomplikowanych prac, jak ustawianie silników, centrowanie wałów, montaż sterów itp, stocznie polegają na ludziach 50-letnich i starszych. Kto był w jakiejkolwiek polskiej stoczni musiał to zauważyć. Młodych nie ma. I raczej nie będzie. Nie ma się co dziwić, praca stoczniowca jest ciężka, brudna i trudna oraz szkodliwa dla zdrowia. Stocznie ponadto nie płacą tyle, by skusić młodych ludzi do zostania spawaczem albo monterem. Prawdę powiedziawszy, wybór pomiędzy posadą barmana w Londynie a spawacza w Gdańsku jest prosty.
Jak dotąd żaden rząd nie miał innego, niż marnowanie publicznych pieniędzy, pomysłu na stocznie. Co może zrobić ten rząd ? Znaleźć dla stoczni inwestora? Jest to możliwe, oczywiście pod warunkiem że tym inwestorem nie będą Niemcy, którzy notabene zamawiają bardzo wiele w polskich stoczniach. Ktokolwiek jednak miałby kupić polskie stocznie zderzy się z tym samym problemem - brak ludzi do pracy. Jeśli inwestor z Norwegii miałby płacić w Polce pracownikom tyle samo co u siebie w kraju, to inwestycja nie ma sensu. Już łatwiej i szybciej jest ściągnąć polskich stoczniowców do siebie, czego ja sam jestem najlepszym przykładem.
Cokolwiek miałoby się stać musi się stać szybko. Koniunktura w branży nie będzie trwać wiecznie. A na razie, jak zwykle, są ważniejsze zdecydowanie problemy niż praca na kilkunastu tysięcy osób, jak na przykład Kim jest Delegat?, bądź uszycie nowej ordynacji wyborczej, która ma umocnić polską ochlokrację.
Jeszcze z innej beczki, choć również 3miejskiej.
Wielkoduszność
już od dawna nie jest charakterystycznym rysem polskiej osobowości.
Dyskusja po wyznaniu Güntera Grassa jest tego najlepszym dowodem. Trudno
traktować poważnie wypowiedzi ludzi, takich jak niejaki pan Kurski,
którzy nie dość że nie przeżyli sami wojny, to jeszcze nie mają żadnych
kwalifikacji moralnych, żeby wypowiadać się w ogóle na jakikolwiek temat.
Mam
nadzieję, że wbrew małostkowości i głupocie ludzi aktualnie sprawujących
władzę, Gdańsk nie odbierze Grassowi tytułu Honorowego Obywatela. Jeśli
by się tak stało, byłoby to dla mnie drugie, bardzo gorzkie
rozczarowanie postawą trójmiejskich władz. Pierwszym było przyjęcie
przez prezydenta Gdynii, Wojciecha Szczurka, propozycji zostania doradcą
obecnego prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego.