« Coś być musi, do cholery, za zakrętem! | Strona Główna | John Irving, Zanim Cię Znajdę »

sobota, 15 lipiec, 2006

Mañana

Wiadomość że jestem Polakiem, wywołała lawinę wspomnień u pierwszego oficera. Barbara. Przestał dzwonić, gdy usiłowała go zaprosić na obiad do swoich rodziców, mimo że bywał jeszcze później w Gdyni. Dopytywał się jeszcze, czy Las Vegas ciągle istnieje.
Szczupły facet z wielkim, złotym kolczykiem w lewym uchu robił wrażenie niebezpiecznego. Nie wiem dlaczego uważał, że doskonale rozumiem jego chorwacki. Gdy mówił powoli można było część zrozumieć, części się domyślić.
Dokerzy spóźnili się ponad godzinę, zdążył w swojej opowieści dojść do wojny. Był, zdaje się, snajperem, tylko nie wiem po której walczył stronie. Moje Hvala, gdy przyniósł kawę, strasznie go rozeźliło.

Nieszczęście polegało na tym, że duński statek, na który mieliśmy załadować nasz sprzęt, był obsadzony Chorwatami, którzy już dobrych kilka tygodni byli poza domem. Takiej okazji nie mogli przepuścić, na burcie było pełno żon, dziewczyn i kochanek. Dokerzy najwyraźniej byli wtajemniczeni w spisek, mający maksymalnie opóźnić wyjście statku z Ploče. Wszystko odbywało się w całkowicie bezstresowej atmosferze sjesty, gwarantującej że już mañana załadujemy, a dzień po mañana statek wyjdzie w morze.

Napisał Marcin o 18:14
Edytowano: sobota, 15 lipiec, 2006 23:03
Kategoria: Gra w statki, Inne
|