« wrzesień 2006 | Strona główna | lipiec 2006 »

czwartek, sierpień 31, 2006

Na marginesie rocznicy

Historie powstawania niektórych majątków, po kompromisie 1989 roku, na pewno dają wiele do myślenia. Nie jest inaczej w polskim biznesie stoczniowym, gdzie niektórym dawnym pracownikom central handlu zagranicznego i attachatów handlowych przy ambasadach PRL, którzy w odpowiednim momencie rzucili legitymacje partyjne i zajęli się biznesem, powodzi się świetnie. Mieli kontakty po obydwu stronach dopiero co obalonej żelaznej kurtyny, znali języki, a nade wszystko byli zdeklarowanymi oportunistami. To w zupełności wystarczało. Inna sprawa, że demokraci z zachodu nie byli chyba specjalnie zakłopotani robiąc z nimi interesy. Pecunia non olet ....

Ten niesprawiedliwy schemat, powtarzający się w mniejszym bądź większym stopniu w każdym kraju przechodzącym transformację od komunizmu do czegoś innego (w przypadku Polski trudno jeszcze powiedzieć do czego), musi być bolesny. Szczególnie dla tych, którzy zachowali się przyzwoicie i odmówili uczestnictwa w PRL-owskim establishmencie, skazując sie na wieczne, jak sie później okazało, wiązanie końca z końcem. Odpowiedź na pytanie, czy mogło być inaczej, zmienia się, w zależności od tego kto aktualnie żyje w Polsce na koszt podatników. Obecnie obowiązująca wykładnia głosi, że mogło i powinno stać się inaczej, a wszystko to jest wynikiem układu zawartego przez parę osób przy Okrągłym Stole. To idiotyczna teoria, która do mnie nie przemawia wcale. Ale widzę w tej historii typowy pansłowiański fatalizm, tak dobrze wyrażony w bon mocie Wiktora Czernomyrdina: Chcieliśmy dobrze, ale wyszło tak jak zwykle. Fatalizm który, nawiasem mówiąc, zdaje się równie mocno ciążyć nad procesem tworzenia IV Rzeczpospolitej.

Pytanie które mnie zdecydowanie bardziej nurtuje, to jakby się potoczyły losy tych wszystkich ludzi, gdyby startowali razem z innymi od zera. Innymi słowy, czy dawni absolwenci wydziałow handlu zagranicznego a obecni milionerzy, oportuniści wstępujący do PZPR tylko dla otwarcia sobie ścieżek kariery zamkniętych dla przyzwoitych ludzi, doszliby również do pieniędzy w systemie, w którym wszyscy mają mniej więcej równe szanse? Prawdopodobnie tak, bo mają pewne szczególne predyspozycje do tego, nie brakuje im inteligencji, brakuje skrupułów. Ale na pewno byłyby to zdecydowanie mniejsze pieniądze i dużo trudniej by przyszły. I mniej by kłuły w oczy. Chociaż czy na pewno?

niedziela, sierpień 27, 2006

Chwila zwątpienia

You don't get what you expect, you get what you inspect*- nieznany mi z imienia i nazwiska inspektor LR o pracy w Chinach.

Nieuczciwie byłoby powiedzieć że w sprawie jakości nie ma żadnego postępu. Jest postęp, chociaż przeciwnik jest twardy i nieustępliwy, broni się zaciekle. Chwyta się wszelkich podstępów żeby wcisnąć fuchę. Najgorsze jest to, że ma nad tobą zdecydowaną przewagę. Jeśli budujesz w kilku miejscach to nie możesz być wszędzie naraz, co nad wyraz inteligentnie zauważył kiedyś poseł Gosiewski. To daje szerokie możliwości zastąpienia postępu podstępem.
Możesz próbować się bronić zwiększając zakres badań konstrukcji. Problem w tym, że wszystkie laboratoria pozostające do dyspozycji są miejscowe. Obojętnie skąd nie przyjadą i niezależnie od tego kto im płaci, zanim rozwiną sprzęt ucinają sobie długą pogawędkę z kierownictwem zakładu w którym budujesz. Pogawędkę oczywiście po chińsku, więc nie bardzo wiadomo o czym. Protokoły najczęściej przychodzą czyste, spoiny bez wad. Co nie oznacza że tak nie jest, jeśli jakieś wady były, najprawdopodobniej zostały poprawione za twoimi plecami. Nie można zresztą popadać w paranoję. Komuś trzeba w końcu zaufać.
Sytuacja niemrawo się zmienia na lepsze, o tyle że pojawia się świadomość, że biali nie odpuszczą i że trzeba się przyłożyć. Ale nie idzie za tym zrozumienie dlaczego, żadne argumenty o trwałości, bezpieczeństwie, korozji i standardzie konstrukcji nie przemawiają. Ma być dobrze, bo biali tak chcą i to musi wystarczyć.

Dotarło to do mnie bardzo wyraźnie, gdy zakład w którym nadzorowałem konstrukcje stalowe, wykonywane zresztą w całkiem przyzwoitym standardzie, którego nie powstydziłby się niejeden polski warsztat, postawił sobie suwnicę. Suwnica została wykonana przez wyspecjalizowaną firmę, mającą uprawnienia chińskiego nadzoru technicznego do wykonywania konstrukcji dźwigowych i przez ten nadzór zaakceptowana. Utrwaliłem to na zdjęciach, w obawie że nikt w to nie uwierzy. Na rynek wewnętrzny to jest good enough, zresztą czemu się czepiasz, it is not your business. Suwnica stoi do dzisiaj, ja jednak zawsze omijam ją z daleka. Oglądając tą konstrukcję przeżyłem chwilę zwątpienia, czy uda im się kiedykolwiek zrozumieć, o co tak naprawdę nam chodzi.

Suw-nica
Duże zdjęcie po kliknięciu w małe

Aby być fair do końca trzeba powiedzieć, że w Polsce też zdarzają się niezłe historie, o czym miałem okazję nieraz boleśnie się przekonać. Chociaż już coraz rzadziej, na szczęście. To za dużo kosztuje ...

___________________
*W wolnym tłumaczeniu: Nie dostaniesz tego, czego oczekujesz. Dostaniesz to, co wywalczysz.

Napisał Marcin o 11:19 PM
Zmieniono: piątek, wrzesień 01, 2006 7:17 AM
Kategorie: Chiny, Gra w statki
|

wtorek, sierpień 22, 2006

Stronniczy przegląd wywiadu z Arturem Zawiszą

Pełny tekst wywiadu: Duży Format, dodatek do Gazety Wyborczej z 22.08.2006.
Za stronnicze wyrwanie cytatów z kontekstu i niestosowny komentarz odpowiedzialny jest wyłącznie autor bloga.

. . . . . . . . . . . .

Jak Pan sobie poradził?
Wymówienie z redakcji dostałem w połowie października 1997 roku. Do pracy przychodzić już nie musiałem. Myślałem: rząd AWS, koledzy ministrowie, posłowie, szybko coś znajdę. Ale długo chodziłem po prośbie.
Wreszcie ktoś umówił mnie z Waldemarem Gasperem, ówczesnym doradcą Buzka. Porozmawiałem z nim o życiu. I uznał, że trzeba mnie zatrudnić, z początkiem 1998 roku zostałem doradcą Wiesława Walendziaka, który szefował kancelarii premiera. Potem awansowałem na szefa gabinetu politycznego ministra Walendziaka.

. . . . . . . . . . . .

W 1999 roku stracił Pan jednak rządowy etat. Z kancelarii premiera odszedł wtedy Wiesław Walendziak.
Nie chciałem tego. Rozmawiałem nawet z Kazimierzem Marcinkiewiczem, który zastąpił Walendziaka przy premierze. Ale atmosfera była taka, że trzeba pozbyć się poprzedniej ekipy. Dano mi do zrozumienia, że w kancelarii nie mam czego szukać. Funkcję sekretarza generalnego ZChN sprawowałem społecznie, pojawiło się pytanie: z czego żyć? Dostałem propozycję pracy jako doradca w zarządzie towarzystwa emerytalnego PZU "Złota Jesień".

Co Pan tym razem doradzał?
Zajmowałem się kwestiami medialnymi, politycznymi i legislacyjnymi, czyli kontaktami z Urzędem Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi. Tworzyliśmy trójkąt: prezes, rzecznik i ja. Dokonywaliśmy analizy całokształtu sytuacji i podejmowaliśmy stosowne decyzje. Już jako poseł napisałem projekt nowelizacji ustawy o funduszach emerytalnych, który został bardzo źle przyjęty przez branżę.
Byłem z tego dumny, bo to oznaczało, że mimo iż sam pracowałem w funduszach, nie uległem interesom tej branży.

. . . . . . . . . . . .

Można się tylko domyślać, że pomysł zakupienia poniedziałkowej Gazety Wyborczej i przestudiowania dodatku Praca wydał sie panu Zawiszy tak absurdalny, że aż nie warty wspomnienia. Pewnie dlatego że w firmach które się tam ogłaszają, na rozmowach kwalifikacyjnych, nie rozmawia się o życiu, tylko stara się rzetelnie ocenić kompetencje kandydata.
Strach przed wolnym rynkiem zdaje się łączyć członków różnych partii w wielkie stronnictwo zachowania status quo. Wystarczy sobie wyobrazić, co mogliby robić tacy panowie Zawiszowie, których można znaleźć w każdej partii, gdyby sprywatyzować wszystkie spółki skarbu państwa i gdyby nie było synekur w PZU Życie? Zostaliby wydania na pastwę wolnego rynku, co nieuchronnie skończyłoby się tragedią po tytułem Życie za 1500 złotych.
Nawiasem mówiąc, wielka szkoda że pan Przewodniczący Bankowej Komisji Śledczej nie ujawnił z kim i o czym rozmawiał na rozmowie kwalifikacyjnej w PZU Złota Jesień, o ile takowa się w ogóle odbyła. W 1999 roku grupą PZU rządził przecież sprawdzony, namaszczony przez AWS, duet prezesów Jamroży-Wieczerzak. Ale to już może sprawa dla komisji śledczej w następnym parlamencie. O ile oczywiście lewica laicka zdoła odebrać władzę katolewicy.
Zapewne projekt ustawy o funduszach emerytalnych, z którego poseł Zawisza jest dumny tylko dlatego, że został bardzo źle przyjęty przez branżę, był kamieniem milowym w jego karierze. Można nawet powiedzieć, że to przewodniczący Zawisza sformułował założenia procesu legislacyjnego a'la PiS. Im bardziej projekt jest krytykowany, zwłaszcza przez specjalystów, tym jest lepszy, bo groźniejszy dla układu. Nie znam projektu ustawy przygotowanego przez pana Zawiszę, być może był dobry, ale przywołane referencje są żałosnie śmieszne.
Ciekawe co zrobi władza, gdy łże elity zorientują się, że najgłośniej krytykowane projekty przechodzą i odwróci sytuację, zaczynając chwalić niekorzystne dla siebie rozwiązania a krytykować korzystne? Po lekturze wywiadu z jednym z bardziej prominentnych polityków PiS jestem przekonany, że zorientowanie się w sytuacji zajęłoby im co najmniej kilka miesięcy. O ile nie lat ....

poniedziałek, sierpień 21, 2006

Deja vu po czterystu latach

Prawie 380 lat temu, 10 sierpnia 1628 roku, galeon Vasa wychodzi w swój pierwszy i jedyny rejs z portu w Sztokholmie. Po przepłynięciu niecałej mili, jeszcze w obrębie portu, pod wpływem podmuchu wiatru kładzie się na lewą burtę. Przez otwarte furty działowe wlewa się woda i okręt, którego budowa kosztowała prawie 5% ówczesnego szwedzkiego PKB, idzie na dno. Kadłub wydobyto w 1956 roku i po restauracji udostępniono do zwiedzania.

Vasa

Pod robiącym nieprawdopodobne wrażenie dębowym kadłubem przypomniał mi się Cougar Ace.
Można powiedzieć, że pomimo upływu czterystu lat wciąż mogą się zdarzyć problemy ze statecznością statków, ale przynajmniej furty umiemy robić szczelne. Cougar Ace, pomimo 85 stopniowego przechyłu nie zatonął. Akcja ratunkowa ma się ku ukończeniu. Po próbach wyprostowania statku na otwartym oceanie, z powodu pogorszenia się pogody, przechyloną jednostkę przeholowano do zatoki Wide Bay na wyspie Unalaska. Tam, dzięki wypompowaniu wody z pokładów ładunkowych i niektórych zbiorników balastowych, statek wyprostowano. Na pokładzie uruchomiono już również agregat prądotwórczy, statek przygotowywany jest do przeholowania do portu, gdzie zostanie wyładowane ponad 4800 samochodów Mazda, stanowiących jego ładunek. Samochodów, albo raczej tego co z nich zostało. Prawdopodobne są wysokie przeceny Mazd w Kanadzie. Ciekawe, czy zostaną opublikowane zdjęcia z wnętrza statku, być może był to największy w historii przemysłu motoryzacyjnego crash test.
Cały incydent nie obył się niestety bez ofiar. Inżynier z pierwszej ekipy, która starała się zbadać możliwości uratowania statku, poślizgnął się, zsunął się po pokładzie i zginął wskutek odniesionych obrażeń.

Cougar Ace
Cougar Ace

Wszystkie zdjęcia: Unified Command M/V Cougar Ace

Żądni dokładniejszych informacji mogą zajrzeć: tutaj bądź tam.

Napisał Marcin o 9:12 PM
Zmieniono: wtorek, sierpień 22, 2006 7:37 AM
Kategorie: Gra w statki, Szwecja
|

czwartek, sierpień 17, 2006

Łabędzi śpiew?

Gdańscy stoczniowcy i politycy PiS - jedząc kiełbaski i popijając piwo - świętowali w sobotę rozwód ze Stocznią Gdynia. Mam nadzieję że wszystkim smakowało. Festyn był raczej z okazji wypełnienia przez PiS pierwszej i zapewne ostatniej, obietnicy wyborczej. Ale odpowiedzi na pytanie Co dalej? wciąż nie ma.

Na razie będzie prawdopodobnie chwila spokoju, politycy PiS marzyli zapewne, między kolejnymi kęsami kiełbasy z grilla, żeby potrwała chociaż do wyborów samorządowych. Później, ponieważ rząd nie wydaje się mieć jakiegokolwiek pomysłu na rozwiązanie kłopotów branży, stoczniowcy będą musieli wybrać się na grupową wycieczkę do Warszawy, ponegocjować z żoliborską inteligencją. Wynegocjują tam, w sposób przećwiczony już wielokrotnie przez górników, kilka miliardów złotych dotacji, które podtrzymają przy życiu ich stocznie. Nie muszą się przy tym obawiać że minister Dorn weźmie ich w kamasze, stoczniowcy to nie lekarze, mają twarde pięści, kaski na głowach i buty ze stalowymi czubkami. Ta władza czuje się silna jedynie wobec tych, którzy nie mają kilofów w rękach. Tym sposobem serial pt. Agonia polskiego przemysłu okrętowego zostanie być może przedłużony o następnych kilkanaście miesięcy.

Pewien doświadczony inspektor, mający więcej lat przepracowanych w różnych stoczniach, niż ja mam na karku, w luźnej rozmowie wieszczył nieuchronny upadek polskiego przemysłu okrętowego w ciągu kilkunastu lat. Przyczyna miałaby być prosta: brak kadry średniego szczebla. Nie ma mistrzów, brygadzistów, nikt ich nie szkoli, stocznie pozamykały szkoły przyzakładowe. Politechnika wykształci jeszcze kilkuset inżynierów, ale sami inżynierowie statków nie wybudują. Przy większości bardziej skomplikowanych prac, jak ustawianie silników, centrowanie wałów, montaż sterów itp, stocznie polegają na ludziach 50-letnich i starszych. Kto był w jakiejkolwiek polskiej stoczni musiał to zauważyć. Młodych nie ma. I raczej nie będzie. Nie ma się co dziwić, praca stoczniowca jest ciężka, brudna i trudna oraz szkodliwa dla zdrowia. Stocznie ponadto nie płacą tyle, by skusić młodych ludzi do zostania spawaczem albo monterem. Prawdę powiedziawszy, wybór pomiędzy posadą barmana w Londynie a spawacza w Gdańsku jest prosty.

Jak dotąd żaden rząd nie miał innego, niż marnowanie publicznych pieniędzy, pomysłu na stocznie. Co może zrobić ten rząd ? Znaleźć dla stoczni inwestora? Jest to możliwe, oczywiście pod warunkiem że tym inwestorem nie będą Niemcy, którzy notabene zamawiają bardzo wiele w polskich stoczniach. Ktokolwiek jednak miałby kupić polskie stocznie zderzy się z tym samym problemem - brak ludzi do pracy. Jeśli inwestor z Norwegii miałby płacić w Polce pracownikom tyle samo co u siebie w kraju, to inwestycja nie ma sensu. Już łatwiej i szybciej jest ściągnąć polskich stoczniowców do siebie, czego ja sam jestem najlepszym przykładem.

Cokolwiek miałoby się stać musi się stać szybko. Koniunktura w branży nie będzie trwać wiecznie. A na razie, jak zwykle, są ważniejsze zdecydowanie problemy niż praca na kilkunastu tysięcy osób, jak na przykład Kim jest Delegat?, bądź uszycie nowej ordynacji wyborczej, która ma umocnić polską ochlokrację.


Jeszcze z innej beczki, choć również 3miejskiej.
Wielkoduszność już od dawna nie jest charakterystycznym rysem polskiej osobowości. Dyskusja po wyznaniu Güntera Grassa jest tego najlepszym dowodem. Trudno traktować poważnie wypowiedzi ludzi, takich jak niejaki pan Kurski, którzy nie dość że nie przeżyli sami wojny, to jeszcze nie mają żadnych kwalifikacji moralnych, żeby wypowiadać się w ogóle na jakikolwiek temat.
Mam nadzieję, że wbrew małostkowości i głupocie ludzi aktualnie sprawujących władzę, Gdańsk nie odbierze Grassowi tytułu Honorowego Obywatela. Jeśli by się tak stało, byłoby to dla mnie drugie, bardzo gorzkie rozczarowanie postawą trójmiejskich władz. Pierwszym było przyjęcie przez prezydenta Gdynii, Wojciecha Szczurka, propozycji zostania doradcą obecnego prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego.

wtorek, sierpień 15, 2006

Emma Mærsk

Stocznia Odense Steel Shipyard przekazała 12 sierpnia armatorowi kontenerowiec Emma Mærsk, o którym wcześniej pisałem tutaj.
Szacowana we wcześniejszych doniesieniach na 12-14 tys TEU pojemność statku okazała się być nieco mniejsza. Wg informacji podanych przez stocznię statek może zabrać 11 tysięcy kontenerów 20 stopowych. Potwierdziły się natomiast doniesienia na temat źródła napędu statku, którym jest 14 cylindrowy silnik Wärtsilä RT-96 flex.

Więcej informacji można znaleźć na stronie stoczni.

niedziela, sierpień 13, 2006

Guy Sorman, Rog koguta

●●●●○○

Nadzieja autora na rychłą rewolucję w państwie środka zaciążyła na treści książki. To zapis rozmów z chińskimi dysydentami, w których autor upatruje ojców przyszłej rewolucji, ale o których w samych Chinach raczej nikt nie słyszał i którzy mają nikłe szanse na zmianę czegokolwiek wbrew woli partii. Rozważania, kto i w jaki sposób wywoła rewolucję ustanawiającą w Chinach liberalną demokrację są, nieco naiwną, osią książki.
Ale książka warta przeczytania, bo przybliża sposób w jaki sprawowana jest w Chinach władza oraz opisuje los ludzi, których przychód brutto nie rośnie w tempie chociażby zbliżonym do średniej ogólnokrajowej. Są to rzeczy, których nie sposób zauważyć w ciągu tygodniowej wycieczki.
Dla wyjeżdżających do Chin - lektura obowiązkowa.

Rok koguta

sobota, sierpień 12, 2006

Paraliż

Sprytnie skonstruowana, przewoźna wystawa o wypędzeniach, mogłaby całkowicie sparaliżować polską politykę zagraniczną. Wystarczyłoby się dowiedzieć do jakiego to kraju zamierza się wybrać któryś z braci, lub ktoś z ich dworu, po czym szybko przewieźć eksponaty, rozstawić w wynajętej galerii i zamówić u, sprzedajnych oczywiście, pismaków, recenzję wraz z niepochlebnym artykułem porównującym brata z jakimś warzywem.

Aż dziw, że nasi przyjaciele Rosjanie jeszcze na to nie wpadli.

Napisał Marcin o 8:07 AM
Zmieniono: sobota, sierpień 12, 2006 8:09 AM
Kategorie: Polska
|

czwartek, sierpień 10, 2006

Widoki z okna w centrum Göteborga


środa, sierpień 09, 2006

Ambitne plany

Pan Phan Thanh Binh, prezes nowo powołanego państwowego konsorcjum Vinashin Group, ujawnił na konferencji w Hanoi rządowy plan uczynienia Wietnamu czwartym producentem statków na świecie. Ma to nastąpić do roku 2015. Konsorcjum Vinashin Group ma być głównym narzędziem do wykonania tego planu.
Jakkolwiek dumnie by brzmiało czwarte miejsce w świecie, to konkurencja do niego nie jest specjalnie ostra. Aktualnie zajmują je Niemcy, ale portfel zamówień niemieckich stoczni ledwo przekracza 2,5% światowego rynku, zdominowanego przez Koreę Południową, Japonię i Chiny.

Światowy portfel zamówień 2006.

Niespotykana od wielu lat koniunktura sprzyja planom wietnamskiego rządu, nie powinno być problemu z zamówieniami dla rozbudowujących się wietnamskich zakładów. Koszty pracy w Wietnamie są zdecydowanie niższe niż w Chinach, co stawia Wietnamczyków w niezłej pozycji startowej. Kraj nawiedzają już pielgrzymki armatorów szukającej nowej Ziemi Obiecanej, płynącej tanimi statkami.
Powodzenie tego planu, zagwarantowane pieniędzmi zachodnich armatorów, wpłynie niewątpliwie pozytywnie na pozycję Komunistycznej Partii Wietnamu i poziom życia jej członków.

Napisał Marcin o 11:07 PM
Zmieniono: środa, sierpień 09, 2006 11:10 PM
Kategorie: Gra w statki
|

sobota, sierpień 05, 2006

Wyrwane z kontekstu

Newsweek, numer z 7 sierpnia 2006.
Komentarz pióra Denisa MacShane, byłego ministra ds. europejskich w rządzie Tonyego Blaira w latach 2001-2005, na temat targów dotyczących wysłania wojsk do Libanu i ogólnej słabości Europy, nie potrafiącej poradzić sobie, bez amerykańskiej pomocy, z kryzysami, vide wojna w byłej Jugosławii.

Newsweek

Komentarz pesymistyczny, trudno na kogokolwiek liczyć. Wielka Brytania jest zaangażowana w Iraku, Niemcy w Afganistanie, Hiszpanie się wycofali z Iraku i nie będą się spieszyć z wysłaniem do Libanu.
Quote
[Nie można również liczyć na] bliźniaków Kaczyńskich, z ich dziwną mieszanką homofobi i antysemityzmu, nie wspominając już o ich izolacjonizmie i pogardzie dla Unii Europejskiej. Ich poprzednik, Prezydent Aleksander Kwaśniewski, umocnił pozycję Polski w świecie przebiegłymi grami w Iraku i na Ukrainie. Ale on już jest historią.
Unquote

Te dwa zdania dotyczące Polski są właściwie głupie, widać że autor poczytał podobne komentarze w innych mediach i na ich podstawie wyrobił sobie opinię. Ale to pokazuje dokładnie co się mówi i myśli o Polsce na zachodzie, tego typu krótkich i dłuższych komentarzy jest wiele. Znaleźliśmy się w punkcie, w którym Europa i Stany Zjednoczone tęsknią za byłym komunistycznym aparatczykiem, Aleksandrem Kwaśniewskim, a byłego opozycjonisty, co prawda z zaskakująco cieniutką teczuszką, wolą unikać.
Minister Andrzej Sadoś, pełnomocnik ds. ochrony wizerunku Polski, ma do wykonania prawdziwe Mission Impossible. Odbudowa wizerunku Polski będzie wymagała wielu lat mrówczej pracy. Na razie umieszczono nas w jednej lidze z Hugo Chavezem.

piątek, sierpień 04, 2006

Rzuciłem papiery i wyszedłem.

Rzuciłem papiery i wyszedłem. A właściwie wyjechałem ....
Stało się to po wyborach, które wyniosły nowe, nieprzebrane rzesze ludzi na ich poziom niekompetencji.
Nie robiłem sobie aż tak wielkich nadziei na zmiany, przyzwyczajony do statusu pokornego płatnika podatków, nie wymagającego w zamian porządnych dróg, szkół, szpitali, pozwolenia na budowę w czasie krótszym niż 24 miesiące, złapania sprawców włamu do mojego mieszkania i tak dalej.
Wyjazd nie ma jednak z tym nic wspólnego, nie został zorganizowany jako protest przeciwko czemukolwiek lub komukolwiek, po prostu ktoś w luźnej rozmowie w chińskim barze, przy kiepskim piwie rzucił propozycję, o dziwo traktując ją poważnie.

Czy to na zawsze ten wyjazd? A kto to może dzisiaj wiedzieć, ale wiele jest ciekawych miejsc na świecie, w których można żyć.

Rzucone papiery