Sprawy, które można czasami w Europie załatwić za pomocą jednego maila
bądź faksu, potrafią się ciągnąć w Chinach całymi dniami. Niekończące
się negocjacje. Ciągłe powroty do spraw, które wydawały się już
zamknięte. Wydawały się. Próby renegocjacji podczas uroczystego obiadu,
zwołanego tylko po to, żeby podpisać uzgodniony już w najdrobniejszych
szczegółach kontrakt. Bo jednak to nam się nigdy nie
podobało, ale zgodziliśmy się, żeby nie robić wam przykrości.
Zapisanie czegoś w kontrakcie nie gwarantuje nienaruszalności punktu.
Można do tego wrócić w dowolnym momencie, bo zmieniły się warunki. Albo
przemyślenia.
Potem, już w trakcie realizacji kontraktu okazuje
się, że pomimo wielodniowego maratonu negocjacyjnego, nikt nic nie wie.
Wszechogarniające zdziwienie (To naprawdę należy do naszego
zakresu prac?!) to codzienny kompan. Odpowiedź, że przecież
jest to jasno opisane w kontrakcie, to nie jest liczący się w
dyskusji argument. Wszak jak mówi stare chińskie powiedzenie "Nic
co jest napisane na papierze nie jest warte tyle, co papier na którym
jest to napisane". Wszystko dociera się w trakcie pracy.
Najdziwniejsze
sytuacje zdarzają się, gdy chiński podwykonawca zleca coś innej
chińskiej firmie. Czasami okazuje się, że między nimi nie ma żadnego
pisemnego kontraktu, tylko właściciele firm uzgodnili coś przy obiedzie.
Sami do końca nie wiedząc co, ale że mają dobre guanxi,
to jakoś sprawy potem rozliczą.
Można sobie z tym poradzić,
ale wymaga to sporej cierpliwości. I przyzwyczajenia.
Przypomniało mi się to wszystko podczas czytania relacji prasowych z
zakończonego oczywiście niebywałym sukcesem wyjazdu polskiej ekipy
negocjacyjnej do Brukseli. Ekipy kierowanej przez Najlepszego w historii
Prezydenta i świeżo powstałą z klęczek Minister Spraw Zagranicznych.
Duet prawdziwych patriotów, którzy to do dzisiaj wydają się nie
wiedzieć, ani co wynegocjowali, ani tym bardziej pod czym się podpisali.
Ani przywiązywać do tego specjalnej wagi, najwyżej będziemy umierać
jeszcze raz, tym razem pod hasłem Joanina albo śmierć.
Hasło Warto umierać za Joaninę również jest godne
rozważenia.
Niemniej jednak trudno doszukiwać się jakiś daleko
idących analogii pomiędzy przeciętnym Misterem
Zhao a najlepszym Prezydentem. Może oprócz tego, że zazwyczaj
przeciętny Mister Zhao również nie mówi po angielsku. Mister Zhao nie
wie co podpisuje, bo w jego kulturze nie ma to specjalnego znaczenia.
Minister powstała z klęczek, bo nie ma wystarczających kompetencji. Ja
już wolę Mistera Zhao.
Nie ma co ciągnąć tego wątku dalej,
i to nie z obawy przed najwyższym możliwym obecnie wymiarem kary, czyli
publicznym zerwaniem kontaktów przez Najlepszego Prezydenta. W
prime-time telewizji publicznej. Z miną obrażonego 5-cio latka. Któremu
właśnie kazano oddać zabawkę, którą pożyczył na chwilę od kolegi. Nie
grozi mi to, bo nie znam osobiście Najlepszego Prezydenta. A ponadto
trzymam bezpieczny dystans. Dziesięć tysięcy kilometrów. Odległość
prawie nie do pokonania dla Tupolewa 154. Jestem w kraju, w którym każdy
komunistyczny aparatczyk średniego szczebla robi wrażenie
profesjonalisty. Może nie zawsze, ale w chwilę po przeczytaniu
wiadomości z Polski na pewno. Później, jak już się człowiek otrząśnie
się z polskiej tragifarsy, bywa różnie. Ale to już inna historia ...