czerwiec 2006
« lipiec 2006 |
Strona Główna
| maj 2006 »
piątek, 30 czerwiec, 2006
Schizofrenia
Wzruszający apel do młodzieży, o pozostanie w kraju wygłosił, na łamach
Gazety Wyborczej, premier. Podkreślał dobrą sytuację gospodarczą w
kraju, co akurat nie wydaje się być zasługą jego rządu, pisał o niskiej
inflacji, zapominając dodać że zawdzięczamy to NBP, z którego polityką
partie będące u władzy absolutnie się nie zgadzają, wspomniał o spadku
bezrobocia, nie dodając że zawdzięczamy to w dużej mierze rządowi, ale
Wielkiej Brytanii.
To wszystko mało przekonujące dla młodzieży
argumenty, najważniejsze premier pominął.
Nie
wspomniał na przykład o tym, że dojście Prawa i Sprawiedliwości do
władzy otworzyło wielu ludziom, często młodym, drzwi do błyskawicznej
kariery. Zrezygnowano przecież z absurdalnego zwyczaju sprawdzania
referencji i doświadczenia kandydatów na ważne stanowiska, co blokowało
wiele ścieżek awansu. Konserwatywne przywiązanie firm i instytucji w
Europie Zachodniej do zatrudniania doświadczonych kandydatów z
referencjami powoduje, że dzisiaj najłatwiej można zrobić karierę w
Polsce. Każdy może zostać ministrem, wicepremierem, albo, w najgorszym
wypadku, prezesem towarzystwa ubezpieczeniowego.
Premier powinien był
również doradzić młodzieży, aby zorganizowała się, uzbroiła i podjęła
walkę, na przykład o prawo do przechodzenia na wcześniejsze emerytury
bezpośrednio po zakończeniu nauki w szkole średniej. Byłaby to szansa
dla tych, którzy mimo wszystko nie zdołają zrobić kariery. Kto by wtedy
chciał wyjeżdżać z kraju, gdzie prawie wszyscy są emerytami?
środa, 28 czerwiec, 2006
Göteborg - Warszawa - Gdynia
Wczesny start, o szóstej rano zamówiona taksówka czeka. Na ulicach
absolutna pustka, pomimo tego taksówkarz twardo jedzie dokładnie 50km/h.
Trochę to drażni, trochę śmieszy. Ale może tak właśnie powinno być?
Göteborg
City Airport to stare lotnisko wojskowe, przysposobione do obsługi
tanich linii lotniczych przez wybudowanie prowizorycznego baraku z
blachy falistej. To moje pierwsze w życiu doświadczenie z tanimi liniami
lotniczymi, więc nie mam zdania. Okazało się później że warszawski
terminal Etiuda to mniej więcej podobny poziom.
Wizzair, zgodnie
z rozkładem, ląduje w samym środku warszawskiego piekła. Bure suki,
niszczarki dokumentów, obiecanki-cacanki, grupa 3mająca władzę. Ciekawe
jak się żyje, mając to wszystko na wyciągnięcie ręki? Wolę nie sprawdzać.
Dworzec
Centralny boleśnie przypomina, że są miejsca gdzie komunizm trzyma się
znakomicie dobrze. I żeby to zobaczyć nie trzeba ani lustracji, ani
Rzecznika Interesu Publicznego, ani przenikliwości żoliborskiego
inteligenta. Kupiłem bilet za jedyne 82 złote, przyczyniając się do
powiększenia strat PKP. Ale to nie problem, premier Obiecankiewicz
wyrówna kolejarzom z podatków. Wypełniony, jak samolot do Londynu,
ekspres Małopolska już w Warszawie ma 15 minut spóźnienia. Na połowie
mojego miejsca siedzi słusznej wielkości pan, który wziął sobie do serca
ostatnie doniesienia prasowe, że nadmierna czystość skraca życie.
Pozostaje korytarz.
Gdynia. Wynik - 11 godzin 45 minut. Nie najgorzej.
niedziela, 25 czerwiec, 2006
Problemy na granicy
Uzyskanie wizy to nie koniec formalności, jakich musi dopełnić podróżny zamierzający dostać się na terytorium Chin.Następną przeszkodą są 3 formularze, pełne podchwytliwych pytań, które należy wypełnić przed przekroczeniem granicy. Oczywiście, w miejscu takim jak lotnisko w Szanghaju, pogranicznicy zbierają setki tysięcy formularzy. Zbiera je specjalny personel, który ze zbolałą miną patrzy gdzieś w przestrzeń, mechanicznie kolekcjonując karteczki oddawane przez podróżnych. Oczywiście nikt nawet ich nie ogląda, nie wiem nawet co się z nimi później dzieje. Nigdy też, jak do tej pory, nie odważyłem się wypisać jakiś głupot na tych karteczkach, chociaż może zapewniłoby to bardzo ciekawe wspomnienia.
Moje ulubione pytania to te dwa, dotyczące rzeczy wwożonych na terytorium Chin. A więc, czy wwozisz:
O ile pytanie nr 15 jest dosyć jasne, pomimo iż nadzieja że ktoś udzieli na nie odpowiedzi Yes wydaje się być dosyć absurdalna, o tyle pytanie nr 16 jest zagadkowe. Czy przywozisz jakiś opuszczony(?!?) bagaż? Jak przywozisz, to znaczy że nie jest opuszczony. A jak go opuściłeś, to nie przywozisz.
Podobne komplikacje czekają podróżnych usiłujących dostać się na terytorium Korei Południowej, tylko tam przynajmniej nie wymagają od Polaków wiz. Kwestionariusze są również trzy. Wiara w szczerość podróżnych, wykazana przez osoby tworzące koreańskie ankiety jest również wzruszająca. Zawierają one między innymi pytanie, czy wwozisz na terytorium Korei: broń, narkotyki (wymieniono min. opium, heroinę, kokainę), sfałszowane pieniądze, itd.
Przestałem się dziwić, gdy znajomy opowiedział mi, że takie ankiety wypełnia się także przy wjeździe do Stanów Zjednoczonych i że jest w nich pytanie zadane otwartym tekstem: Are you terrorist?
czwartek, 22 czerwiec, 2006
Ludzie honoru
Opowieści dziwnej treści ....
Poprzeczkę wymagań etycznych w IV RP zawieszono bardzo wysoko. Za wysoko
nawet dla tak kryształowej postaci, jak pan Farfał Piotr. Pan Farfał,
wiceprezes telewizji publicznej, oddał się do dyspozycji Rady Nadzorczej
TVP, gdy wyszło na jaw, że pisywał artykuły do rasistowskiej gazetki.
Jakby to powiedział pan Gosiewski, zachował się honorowo.
Ludzie
tacy jak pan Urbański czy Farfał powinni być stawiani za wzór zwykłym
Polakom. Zwłaszcza tym, którzy ciężko pracują by zarobić pieniądze na
utrzymanie Taniego Państwa, tym którym nawet przez myśl nie
przeszło, żeby ramię w ramię z prominentem z SLD zarabiać na programach
dla telewizji Kwiatkowskiego,
bądź pisywać artykuły do czasopisma Front.
Życiorysy pana Urbańskiego i Farfała mogłyby być żelaznym punktem nowo
wprowadzanej do szkół Historii Polski. Przy okazji na
tych zajęciach można również wyjaśnić dzieciom, dlaczego używanie
prezerwatyw nie jest zgodne z polską racją stanu.
Dzisiejszy Dziennik donosi, że na prośbę brytyjskiego premiera odwołano planowaną na czerwiec wizytę w Wielkiej Brytanii prezydenta prawie wszystkich Polaków, z wyłączeniem tych o odmiennej orientacji seksualnej i tych o przekonaniach liberalnych. Trawestując Jarosława Kaczyńskiego, ta sytuacja wskazuje, że rzeczywiście coś się jednak dzieje niedobrego w Wielkiej Brytanii. Ale dzięki temu prezydent znalazł czas żeby poprzeć Jacka Kurskiego w jego sporze z PO.
Jak donosi Inquirer notebook produkcji Della wybuchł podczas konferencji w Japonii. Naoczny świadek opowiada, że notebook palił się około 5 minut, pożarowi towarzyszyły eksplozje. Informacja ta unaocznia zagrożenia jakie niesie dzika informatyzacja. Ministerstwo Edukacji, w trosce o zdrowie i życie dzieci, powinno natychmiast rozpocząć proces wycofywania komputerów ze szkół. Będzie to dużo bardziej skuteczne ograniczenie dostępu do niebezpiecznych treści w internecie, niż forsowane obecnie filtry.
Premier Obiecankiewicz obiecał górnikom premie z zysków Kompanii Węglowej. Szkopuł w tym, że Kompania Węglowa tych pieniędzy już dawno nie ma, bo zgodnie z prawem przeznaczyła całość zysków na spłatę zadłużenia. Żeby wywiązać się z obietnic premiera Kompania pozbędzie się zbędnego majątku trwałego, jak na przykład działek czy ośrodków wypoczynkowych. Zagadką jest, jak to się stało że Kompania Węglowa, przez wiele lat utrzymywana przy życiu dzięki miliardom złotych dotacji na które składali się solidarnie wszyscy podatnicy, ma jeszcze zbędny majątek trwały? Jak widać, przez te wszystkie lata dotowaliśmy również restrukturyzację kopalnianych ośrodków wypoczynkowych. Który to już raz okazuje się, że każda władza, niezależnie czy jest to lewica wierząca, czy lewica nie wierząca, jednakowo bezczelnie marnotrawi nasze pieniądze?
Decyzja wicepremiera Romana Giertycha o wprowadzeniu dodatkowych lekcji historii, kosztem wychowania fizycznego, dobitnie dowodzi, że wicepremier w swoich działaniach nie kieruje się partykularnym interesem swojej partii, a dobrem narodu polskiego. Ograniczenie ilości godzin wychowania fizycznego może bowiem skutkować kłopotami z naborem młodych, wysportowanych mężczyzn o sztywnych karkach, do młodzieżówki Ligii Polskich Rodzin, czyli Młodzieży Wszechpolskiej.
Funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu pofatygowali się, w towarzystwie premiera Leppera, powitać polskich piłkarzy, którzy powrócili do kraju po sensacyjnym zwycięstwie nad Kostaryką. Spotkanie upłynęło w przyjemnej atmosferze, prawdopodobnie dlatego, że było zamknięte dla dziennikarzy.
Premier Obiecankiewicz powołał komisję profesorów i naukowców, którzy mają opiniować kandydatów na prezesów spółek skarbu państwa. Owocem pracy komisji mógłby być na przykład wzór na idealnego kandydata na prezesa spółki skarbu państwa. Obliczeń dokonywałby odpowiedni minister, a wzór mógłby wyglądać na przykład tak:
Danych wejściowych dostarczać mógłby np prezes Jarosław Kaczyński.
środa, 21 czerwiec, 2006
Można składać zamówienia
Można już składać zamówienia na kontenerowce o wielkości 13 tys TEU.
Hyudai Heavy Industries i Germanischer Lloyd ogłosiły zakończenie prac
nad wykonaniem i akceptacją projektu.
Statki, charakteryzujące
się długością 382 metry, szerokością 54,2 metra i zanurzeniem 13,5
metra, mają przewozić 6230 kontenerów pod pokładem i 7210 kontenerów na
pokładzie, ustawianych w 21 rzędach. W celu spełnienia wymogów konwencji
SOLAS dotyczących widoczności z mostka nadbudówka ma zostać posadowiona
w części dziobowej statku. Siłownia oczywiście pozostanie na rufie, co
nada statkom dosyć ciekawy wygląd, będą miały dwie nadbudówki. Jednostka
ma osiągać prędkość ponad 25 węzłów, w odróżnieniu od obecnie budowanych
kontenerowców (do 10 tys. TEU) posiadać ma 2 śruby napędowe.
Źródło: Germanischer
Lloyd
To już prawie ostatnie stadium rozwoju kontenerowców, które osiągają wymiary zarezerwowane do tej pory dla tankowców ULCC. Ze studium wykonanego kilka lat temu przez Lloyd's Register, które pozostaje wiodącym towarzystwem klasyfikacyjnym dla wielkich kontenerowców, wynika, że z uwagi na istniejącą infrastrukturę portową (zasięg dźwigów) nie jest możliwe obsłużenie statków przewożących kontenery w więcej niż 22 rzędach.
Więcej informacji na temat projektu statku tutaj.
wtorek, 20 czerwiec, 2006
Następni choćby zupełni idioci
Kolejny rok z rzędu trwa systematycza bessa na rynku kompetencji polityków. Wszystkie indeksy lecą w dół. Analiza techniczna wskazywała, że indeksy powinny znaleźć solidne oparcie po wyborach we wrześniu, niestety, zamiast tego osiągnięte zostało kolejne dno, o istnieniu którego jeszcze pół roku temu nikt nie miał pojęcia.
Pozostaje jedynie melancholijne kolekcjonowanie co ciekawszych doniesień prasowych, jak te o wicepremierze od prawa i sprawiedliwości, który nie miał czasu stawić się w sądzie z powodu meczu, ministra toczącego ciężkie boje sądowe z 75 letnią staruszką, byłym redaktorze faszystowskiej gazetki w zarządzie telewizji publicznej, prezesach spółek Skarbu Państwa z niejasną przeszłością, posłach ujawniających publicznie głęboko skrywane kompleksy, o anachronicznych pomysłach na scentralizowane państwo, itp, itd. Można ciągnąć tą listę dalej.
Naród się uodparnia na głupotę władzy. Tylko nie wiadomo czy dobrze to
czy to źle, bo jeśli następni będą już zupełni idioci, na nikim to nie
zrobi wrażenia.
Dobrze chociaż, że dzięki Polmosowi
Łódź, jest co obalić, by wypić za błędy.
poniedziałek, 19 czerwiec, 2006
Dwadzieścia kilometrów prosto, później lekki zakręt w prawo
Zmuszony wyższymi okolicznościami (polecenie służbowe) wyruszyłem
pewnego dnia, w podróż z Gdyni do Gorzowa Wielkopolskiego i z powrotem.
Samochodem.
Już jakiś czas temu, wraz ze wzrostem natężenia ruchu w
Polsce i pogorszeniem się jakości dróg, prowadzenie auta przestało mi
sprawiać przyjemność. Żeby uniknąć błądzenia w nieznanym Gorzowie i
uprzyjemnić nudną jazdę pożyczyłem palmtopa z AutoMapą. Zawsze to
ciekawiej, jak jest się czym pobawić na długich prostych.
Dzień
przed wyjazdem trafił w moje ręce palmtop Mio DigiWalker z uchwytem,
zasilaczem samochodowym i zainstalowaną AutoMapą. To chyba najtańszy w
tej chwili system nawigacji, samego palmtopa można już dostać za kwotę
około 900zł.
Instalacja urządzenia sprowadza się do
przyklejenia uchwytu do przedniej szyby i podłączenia zasilacza do
gniazda zapalniczki. Przykleiłem do najpierw pośrodku deski
rozdzielczej, ale później okazało się że obraz palmtopa odbijał się w
przedniej szybie auta, co mi dosyć mocno przeszkadzało. Zamocowałem go w
końcu z lewej strony.
Sama AutoMapa działa dokładnie i sprawnie.
Sposób definiowania trasy nie był dla mnie do końca intuicyjny, do końca
miałem z tym trochę kłopotów. Po wybraniu trasy i włączeniu opcji
śledzenia mapa na ekranie płynnie zmienia skalę, w zależności czy
znajdujemy się poza, czy w obszarze zabudowanym. Daje to bardzo
przyzwoite wyobrażenie o trasie będącej bezpośrednio przed autem. System
podaje również komunikaty głosowe, przydatne zwłaszcza w mieście, gdzie
czasami nie ma możliwości spojrzenia na ekran. Odzywa się również
czasami poza miastem, co nie pozwala zasnąć samotnemu kierowcy,
zwłaszcza że system potrafi wykazać się poczuciem humoru, komunikując na
przykład: Teraz dwadzieścia kilometrów prosto, później lekki
zakręt w prawo.
Problem pojawił się w samym Gorzowie. Z
powodu robót drogowych wytyczono objazdy, częściowo drogami
jednokierunkowymi pod prąd normalnego kierunku jazdy. Tutaj twórcom
programu nie starczyło chyba wyobraźni, bo pomimo możliwości
zdefiniowania dróg wyłączonych z ruchu, program nie dopuszcza możliwości
jazdy drogami jednokierunkowymi pod prąd. AutoMapa uparcie twierdziła,
że nie ma możliwości wytyczenia innej trasy do punktu docelowego. Ale
był to stosunkowo mały problem, po zakończeniu objazdu palmtop
samodzielnie odnalazł się w nowym miejscu i wytyczył dalszą trasy,
funkcjonując już do końca normalnie.
Tutaj powinny znaleźć się, jak w każdym teście konkluzje, ewentualnie
oceny czy też rady odnośnie zakupu, bądź nie palma z AutoMapą. Ale nic
takiego nie ma, bo to nie magazyn komputerowy, tylko blog.
W każdym
bądź razie mamy już w Polsce dosyć sprawny i przystępny cenowo system
nawigacji satelitarnej dla kierowców. Teraz pozostaje tylko poczekać na
drogi i można ruszać w trasę.
piątek, 16 czerwiec, 2006
Trzeci w świecie
Rok 2005 Chiny zakończyły jako trzeci największy producent statków na
świecie, z 25% udziałem w rynku. Pierwsza w tym rankingu, wyprzedzająca
o włos Japonię Korea Południowa, ma 33% udział.
Wg
oficjalnych planów chińskiego rządu, Chiny, do roku 2015, mają stać się
największym producentem statków na świecie.
Spokój w
kraju środka, a także pośrednio, los chińskiego rządu, zależy od
możliwości zapewnienia pracy i minimalnych warunków bytowych milionom,
migrujących za pracą, ludzi. Stąd nacisk, jaki kładą chińskie władze
centralne, na rozbudowę pracochłonnego i korzystającego z usług wielkiej
ilości kooperantów przemysłu okrętowego. Powstają miejsca pracy, których
pozbywa się, trochę chyba lekkomyślnie i bez walki, nie licząca się już
w światowych rankingach przemysłu okrętowego, Europa. Ponadto Chińczycy,
jak wcześniej Japończycy, starają się maksymalnie dużo towarów w
rosnącej ciągle wymianie handlowej ze światem, przewozić statkami
własnych armatorów, co jest dodatkowym istotnym bodźcem rozwoju
chińskiego przemysłu okrętowego. Zamówienia na statki, zgłoszone tylko
przez chińskich amatorów, są w stanie zapewnić zlecenia wszystkim
istniejącym obecnie w Chinach stoczniom do roku 2010.
W Chinach
pracuje w chwili obecnej około 600 stoczni (dokładnej liczy chyba nikt
nie zna). Największe i najistotniejsze skupione są w dwie korporacje:
zatrudniającą około 170tys ludzi CSIC (China Shipbuilding Industry
Corporation) i mającą około 90tys pracowników CSSC (China State
Shipbuilding Corpotation). Oczywiście, obydwie korporacje są w pełni
kontrolowane przez państwo.
CSSC, pomimo że mniejsza, uważana
jest za ważniejszą. Prowadzi ona obecnie zakrojone na szeroką skalę
inwestycje, mające do 2015 roku zwiększyć moce produkcyjne korporacji do
8mln dwt (całe chińskie moce produkcyjne na dzień dzisiejszy szacowane
są na 16mln dwt). Na wyspie Changxing, u ujścia rzeki Huangpu koło
Szanghaju, kosztem 3,6mld USD powstaje nowa stocznia Jiangnan. Stocznia
zastąpi istniejący zakład który, w skutek burzliwego rozwoju Szanghaju,
znalazł się prawie w samym centrum miasta. W początkowym okresie
stocznia ma mieć cztery suche doki, w każdym będzie możliwa budowa
tankowców typu VLCC. W późniejszym stadium, zlokalizowane w pobliżu dwie
inne należące do CSSC stocznie (Waigaoquiao Shipyard i Hudong Shipyard)
mają wybudować kolejne doki i warsztaty na wyspie, tworząc wielką
mega-stocznię. Ponadto grupa buduje praktycznie od podstaw nowe stocznie
w Longxue w prowincji Guangzhou i w Beihi w prowincji Qingdao.
CSIC prowadzi zdecydowanie bardziej zachowawczą politykę inwestycyjną,
budując kolejne doki w istniejących stoczniach.
Chińska
ekspansja na rynku stoczniowym stanowi przede wszystkim zagrożenie dla
koreańskich i japońskich zakładów, Europa już się praktycznie w tym
wyścigu nie liczy. Chińskie stocznie mają wciąż olbrzymie rezerwy
produjcyjne, możliwe do osiągnięcia dzięki poprawie wydajności i jakości
pracy, o czym wie każdy kto miał okazję zwiedzić jakąkolwiek stocznię.
Korzystają równocześnie, cały czas, z niskiego kosztu robocizny.
Walka
będzie ostra, bo ani Koreańczycy, ani Japończycy nie oddadzą pola bez
walki. Będzie to walka Dawida z Goliatem, bo nawet największa koreańska
stocznia, Hyudai Heavy Industries, to maluch w porównaniu z
którymkolwiek chińskim holdingiem. Ponadto chińskie stocznie nie zawsze
muszą wykazywać się zyskiem, realizacja celu wytyczonego przez władze
centralne jest najważniejsza. Jak na razie, w okrętownictwie trwa
niesłychany boom, w zeszłym roku portfel zamówień wszystkich stoczni na
świecie opiewał na 2077 statków, o łącznej wartości 77,2mld USD, także
pracy jest dosyć dla wszystkich. Ale koniunktura nie będzie trwała
wiecznie, przekonamy się za jakiś czas, czy chińczycy nie będą
subsydiowali swoich stoczni, żeby tylko zapewnić pracę swoim zakładom.
Chociaż do takiej sytuacji, jak na rynku notebooków, o czym pisałem tutaj,
w okrętownictwie raczej nie dojdzie.
środa, 14 czerwiec, 2006
Lekcja patriotyzmu w Gelsenkirchen
Czterdzieści tysięcy Polaków, natchnionych irracjonalnym marzeniem, że
polska reprezentacja nie podda się obowiązującej ostatnio w kraju modzie
na brak kompetencji, głupotę i prywatę, zasiadło na stadionie w
Gelsenkirchen. Cudu nie było.
Zabrakło motywacji, koncentracji i
czegoś tam jeszcze. Może to wina premiera? Może prezydenta? Powinni byli
obiecać piłkarzom wcześniejszą emeryturę, natychmiast po wyjściu z
grupy. Może jeszcze dopłaty do paliwa dla piłkarzy i ulgi podatkowe na
buty, skarpety, krótkie spodenki oraz dresy? Dlaczego nie, przecież nie
są to pomysły bardziej niedorzeczne, niż te tworzone w zaciszach
gabinetów polskich ministerstw. Może piłkarze wzięliby się wtedy do
walki, jak górnicy na ulicach Warszawy?
Premier Obiecankiewicz i prezes Listkiewicz, po odpadnięciu Polski z finałów mistrzostw świata, powinni paść sobie w objęcia. Obydwaj są z tego samego układu, obydwaj mają u siebie na podwórku straszliwy bałagan i obydwaj nic nie robią żeby to zmienić, oprócz prezentowania iście mistrzowskiego uśmiechu przyklejonego do twarzy. Nic, prócz ciągłego bezsensownego bełkotania, nie dzieje się ani w rządzie ani w PZPN-ie, nic co mogłoby zmienić obecną sytuację.
Dlatego w piłkę nożną przegrywamy z Ekwadorem 2:0, a we wzroście gospodarczym z Estonią 12:5. I w najbliższym czasie nie zanosi się na zmiany. Zresztą w piłkę z Estonią też ostatnio przegrywaliśmy ....
poniedziałek, 12 czerwiec, 2006
Za garść dolarów
Wybór anglojęzycznych programów telewizyjnych Chinach jest najczęściej ograniczony do CNN bądź BBC, co nie gwarantuje wieczorami odpowiedniego poziomu rozrywki, gdyż stacje te w swoich azjatyckich wydaniach nie poświęcają wystarczającą dużo uwagi intelektualistom zasiadającym w ławach polskiego rządu i parlamentu.
Można byłoby pójść do sklepu DVD i kupić jakiś ciekawy film, gdyby nie
fakt że prawa autorskie w Chinach to fikcja, a każdego praworządnego
obywatela napawa obrzydzeniem niemożność podzielenia się swoimi
pieniędzmi z jakimś ZAiKS-em bądź RIAA. Ale można pójść popatrzeć na
szeroki wybór filmów po 1USD za sztukę. Dużo jest też seriali
telewizyjnych, np. wszystkie odcinki 'Friends', 'Sex in the City' i
inne. Niektóre kompilacje miewają po 30 i więcej DVD. W takim wypadku
cena za płytę spada czasami nawet do 0,50USD.
Najwięcej
jest typowej amerykańskiej szmiry, sporo filmów o których nigdy w Polsce
nie słyszałem. Czasami można trafić coś naprawdę ciekawszego, jak filmy
francuskie, starsze amerykańskie (edycje dla kolekcjonerów), a nawet
polskie. Widziałem kiedyś 'Dług' Krauzego, 'QuoVadis' Kawalerowicza, czy
wreszcie kolekcję filmów Kieślowskiego. Kopiowane jest chyba wszystko,
jak leci. Co może zrozumieć przeciętny Chińczyk z patetycznych
deklamacji Bogusława Lindy w 'QvoVadis' pozostaje zagadką.
Jakość
filmów bywa różna, trafiają się nawet 'kamerówki'. Starsze filmy, które
wyszły już na DVD w oficjalnym obiegu w Europie bądź w Ameryce, są
zazwyczaj bardzo dobrej jakości. Płyty są najczęściej w oryginalnej
wersji językowej, z chińskimi napisami. Czasami są też angielskie
napisy, ale nie jest to regułą. Warto to sprawdzić w przypadku filmów
innych niż anglojęzyczne, bo może się okazać że film francuski ma
oryginalną ścieżkę dźwiękową i chińskie napisy i wtedy dla osoby nie
znającej francuskiego z filmu jest mały pożytek. Kłopot tylko taki, że
zapytany sprzedawca raczej na pewno potwierdzi że film jest w
angielskiej wersji, jak jest naprawdę można się przekonać dopiero
wkładając płytę do odtwarzacza.
Kwestia piractwa to ciągle kość niezgody między naciskanym przez RIAA
amerykańskim a chińskim rządem. Chińskie obietnice o wprowadzeniu
przepisów regulujących sprawę własności intelektualnej, jak na razie,
można nagrać na DVD i sprzedawać w dziale z bajkami. Trochę się dzieje w
kwestii programów komputerowych, wprowadzone ostatnio przepisy stanowią
że każdy nowy komputer sprzedawany w Chinach musi mieć zainstalowany
oryginalny system operacyjny, co powinno zwiększyć, spadające ostatnio,
zyski Microsoftu. Ale jeśli chodzi o filmy i muzykę to sprawa jest chyba
trudniejsza. Tych których stać na komputer, będzie stać na system
operacyjny. Filmy i muzyka to inna sprawa, te kupują głównie osoby
prywatne. Z kopiowania i dystrybucji pirackich filmów i nagrań żyją
dziesiątki tysięcy ludzi. Sklepy i stoiska z tym towarem spotyka się na
każdym rogu ulicy. Z pracą w Chinach także jest krucho, nie będzie chyba
gwałtownych zmian przepisów.
czwartek, 08 czerwiec, 2006
Zdrowy rozsądek nie zawsze broni się sam
Nie ma dowodów na to, że teoria Darwina jest prawdziwa - uważają miliony Amerykanów, wierzących, że wszystko odbyło się dokładnie tak, jak zapisano w Biblii.
Renesans kreacjonizmu zapoczątkowało powstanie teorii inteligentnego projektu (Theory of Intelligent Design), głoszącej, że żywe organizmy są zbyt skomplikowane, a ich funkcjonowanie zbyt złożone, by mogły powstać w wyniku procesów naturalnych. Dzięki wsparciu potężnego konserwatywnego lobby, powstał rozpisany na lata program wprowadzenia teorii inteligentnego projektu do powszechnej świadomości, a także do szkół. Środowiska amerykańskich naukowców zostały zmuszone do pojęcia absurdalnej polemiki, w sprawie, która od wielu lat uważana była za całkowicie zamkniętą. Co więcej, pomimo kilku rozstrzygnięć sądowych, zabraniających nauczania teorii inteligentnego projektu w szkołach z uwagi na konstytucyjny rozdział państwa i kościoła, naukowcy tą walkę przegrywają. Lobby wspierające inteligentny projekt wydaje się mieć zdecydowanie większy budżet i lepszych specjalistów od Public Relations, już dzisiaj grubo ponad połowa amerykanów wierzy w kreacjonizm. Samo zmuszenie naukowców do rozpoczęcie dyskusji, czyli wprowadzenie kreacjonizmu do powszechnej świadomości i nadanie mu statusu naukowej teorii, jest wielkim sukcesem fundamentalistów. Naukowcom nie mogą zrozumieć, że oczywiste rzeczy, poparte dowodami, nie bronią się same i dlatego, jak na razie, przegrywają walkę.
Mając odpowiedni budżet i specjalistów od PR można wypromować każdą bzdurę. Warto o tym pamiętać, gdy ministrem edukacji został dogmatyk, a konstytucyjny rozdział kościoła od państwa staje się powoli fikcją.
wtorek, 06 czerwiec, 2006
Mury
"Ale mury były wznoszone również między walczącymi królestwami, między
regionami i dzielnicami. Broniły miast i wsi, przełęczy i mostów.
Ochraniały pałace, budynki rządowe, świątynie i targi. ... A jeśli
przyjać, że Chińczycy nieprzerwanie budowali mury, setki i nawet tysiące
lat, jeżeli uwzględnić ich - zawsze wielką - liczebność, ich poświęcenie
i ofiarność, ich przykładną dyscyplinę i mrówczą pracowitość, to
otrzymamy setki, setki milionów godzin zużytych na budowanie murów,
godzin, które w tym biednym kraju można by przecież spożytkować na naukę
czytania i zdobywania jakiegoś fachu, na uprawę coraz to nowych pól i
hodowlę dorodnego bydła."
Ryszard Kapuściński,
Podróże z Herodotem
Dzisiaj już nie wszystkich Chińczyków stać na grodzenie się murem,
większości muszą wystarczyć płoty, które są tańsze w budowie i
utrzymaniu. Chińskie miasta to zbiory osiedli, czasami bardzo
niewielkich, otoczonych płotami, z własną umundurowaną ochroną, często
kamerami. Społeczeństwo pod pod kontrolą.
Jedyny
wielki mur wznoszony obecnie w Chinach to mur między chińskim a
światowym internetem - The
Great Firewall of China. Strona Wikipedii, opisująca ten mur, do
której wiedzie link, jest na pewno niedostępna dla użytkowników
zalogowanych do sieci w kontynentalnych Chinach. Toczy się wojna między
chińskim rządem a przedstawicielami wolnego świata o umożliwienie
chińczykom swobodnego dostępu do całej zawartości sieci. Jednym z
ostatnich strzałów w tej wojnie jest kanadyjska technologia i
oprogramowanie Psiphon,
które ma definitywnie przełamać Wielki Firewall.
Różne
mury budowano w różnych miejscach świata, nie przynosiło to nigdy
wielkich sukcesów. Ale tym razem może być inaczej, bo w budowie
Wielkiego Firewall-a aktywnie uczestniczą obydwie strony, co się nigdy
dotąd nie zdarzało. Wielkie firmy, z 'wolnego świata', jak Google, Yahoo
czy nawet Microsoft, w pogoni za zyskami na chińskim rynku, pomagają
budować tą barierę. Żałosny spektakl, w którym wielkie firmy tańczą jak
im się każe.
Cytat z wielkiego klasyka, docenionego również
przez naszego Prezydenta,
nie stracił na aktualności.
'Kapitaliści sprzedadzą nam sznurek, na którym ich powiesimy'.
poniedziałek, 05 czerwiec, 2006
Do góry nogami
Pewien minister z kancelarii Prezydenta Wszystkich Polaków (z
wyłączeniem tych o odmiennej orientacji seksualnej, poglądach lewicowych
oraz liberalnych) uznany został za człowieka honoru,
gdyż podał się do dymisji, po tym jak prasa ujawniła jego związki z
oskarżonym o korupcję politykiem formacji odsądzanej od czci i wiary.
Minister
ów, ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu, ma żal do dziennikarzy za
upublicznienie tych informacji. Powinien być im wdzięczny, gdyż to
właśnie dzięki ich ujawnieniu przejdzie do historii w glorii człowieka
honorowego. Strach pomyśleć, co by było, gdyby minister nie miał żadnych
skaz na życiorysie. Odszedłby prawdopodobnie jako człowiek niehonorowy.
Swoją drogą, ciekawe jak panowie Gosiewski, Bielan i inni nazywają ludzi, którzy unieśli się honorem i odmówili zarabiania pieniędzy w wątpliwych moralnie interesach. Frajerami?
sobota, 03 czerwiec, 2006
Tuleja wahacza
Tuleja jest wybita - powiedział wycierając ręce w brudną szmatę. Jeżeli weźmiemy zamiennik to będzie z wymianą jakieś cztery stówy, jeśli oryginalny wahacz, od dilera, to sześć - dodał.
Źródło: www.audi.com.tw
Jak się nad tym zastanowić, to rząd nie ma żadnego interesu w utrzymaniu
dróg w porządnym stanie. Miliardy złotych, płacone w podatkach
wliczonych w cenę paliw (68% ceny litra benzyny to podatki), można
przecież przeznaczyć na nieustanną kampanię wyborczą (np. wcześniejsze
emerytury dla górników, komisje śledcze, itd.). A dzięki fatalnemu
stanowi dróg, zawieszenie dziesiątek tysięcy samochodów wymaga napraw,
które również są obciążone podatkami. Jeśli wybiorę zamiennik za 400zł,
to urząd skarbowy skasuje minimum 72zł w postaci podatku VAT. Tak oto
państwo dostaje nagrodę za swoją własną nieudolność.
Jedyny
koszt jaki ponosi rząd z tytułu fatalnego stanu dróg, to koszty leczenia
ofiar wypadków drogowych. Wypadków, których części prawdopodobnie można
byłoby uniknąć. Ale na to minister Religa znalazł już rozwiązanie - za
leczenie ofiar wypadków płacić będą towarzystwa ubezpieczeniowe, co
spowoduje oczywiście wzrost cen polis OC. Wzrost tym większy, im gorszy
będzie stan dróg w Polsce.
czwartek, 01 czerwiec, 2006
Fikcja, w której żyjemy od wielu lat
Rzeczpospolita, Nr 125 (7419), 30.06.2006, wywiad z byłym wiceministrem finansów Mirosławem Barszczem. Skróty od redaktora Bloga.
"System podatku dochodowego w Polsce przestał się sprawdzać. I nie wiadomo co z tym zrobić. Wpływy z PIT i CIT to teoretycznie 80mld złotych rocznie, czyli około 40 proc. przychodów budżetu. Jednak gdy przyjrzymy się temu dokładnie, to okaże się, że wśród firm podatki płacą głównie instytucje finansowe, towarzystwa ubezpieczeniowe, spółki giełdowe i przedsiębiorstwa państwowe. Czyli de facto te, które nie mają możliwości zaniżania kosztów i ucieczki od podatku. Większość pozostałych podmiotów nieustannie wykazuje stratę. / ....../ udział podatników, którzy płacą jakiekolwiek podatki, spadł w ostatnich kilku latach o około 20 proc. / ..... / Połowa (przychodów z PIT - red.) to wpływy z opodatkowania rent i emerytur oraz pensji pracowników zatrudnionych w administracji publicznej lub służbie zdrowia. A zatem połowa wpływów to tak naprawdę wirtualne pieniądze, bo biorą się z przekładania pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Mamy do czynienia z fikcją, w której żyjemy od wielu lat (sic!). / ..... / Poza tym Polacy nie wierzą w struktury państwa, co więcej są przekonani, że pieniądze które płacą w podatkach, i tak zostaną zmarnotrawione."
Godna uznania szczerość tej wypowiedzi, w polskich warunkach gwarantuje
wieczne utrzymanie tej fikcji. Sprawa trochę podobna do dyskusji na
temat powszechnej płatności za studia. Skądinąd wyważona propozycja do
dyskusji, przygotowana przez Annę
Radziwił (wiceminister edukacji w rządzie Marka Belki),
utonęła w bełkocie polityków z prawa, lewa i centrum, wykrzykujących
brednie o konstytucji i prawach obywatelskich. O tym jaką fikcją jest
zapis w konstytucji gwarantujący bezpłatne studia, przekonuje się
boleśnie co miesiąc połowa studentów, płacących ciężkie pieniądze za
gorsze niż dzienne studia, o czym informuje w
swoim raporcie NIK. Z tego samego raportu wynika również, że
uczelnie zaniżają świadomie liczbę miejsc na 'bezpłatnych' studiach
dziennych, zwiększając liczbę miejsc na płatnych studiach zaocznych, co
dodatkowo zaostrza konkurencję podczas rekrutacji na dzienne studia.
Skutkiem jest, o czym także wiadomo od dawna, że na 'bezpłatnych'
studiach dziennych studiują dzieci z najzasobniejszych domów, rodziców
których stać na korepetycje i dodatkowe zajęcia, dzięki czemu mogą sobie
poradzić z ostrą konkurencją podczas egzaminów wstępnych. Z wywiadu z
ministrem i z innych źródeł wynika, że zasobni rodzice studentów studiów
dziennych raczej nie płacą 40 proc. podatku dochodowego, mając do
dyspozycji wiele możliwości ukrywania dochodów, tudzież doradców
inwestycyjnych, prawników, itd.
Tak oto dochodzimy do wniosku,
że dzięki podatkom płaconym przez emerytów, rencistów, lekarzy i
nauczycieli dzieci bogatych Polaków studiują za darmo.
Wiadomo o tym od dawna. No i co z tego? Nic z tego bo i rządząca katolewica i POzostająca w opozycji centrolewica bełkotały najgłośniej o konieczności zachowania obecnego systemu.
Pozostaje jedynie, w dniu w którym ma obowiązywać prohibicja, wznieść toast napojem wyskokowym, aby dzieci, które mają dzisiaj swoje święto, dożyły czasów w których ktoś normalny będzie rządził tym biednym krajem. Całe szczęście, że jak zwykle nie zdążono z przygotowaniem przepisów wykonawczych do ustawy o prohibicji i okazała się ona kolejną fikcją ....