Wystarczy pokręcić kółkiem w iPodzie by znikła chińska paplanina
pozostałych pasażerów i zamienić świat za szybą w monotonny, smętny
teledysk. Z auta prawie każde chińskie miasto wygląda tak samo.
Zdezelowane rowery i motocykle, stragany, śmieci na ulicy, budynek
wyłożony białą glazurą z szeregiem sklepów na parterze, drewniana
taczka-kuchnia z której sprzedawane są jakieś smażone ochłapy, następny
budynek wyłożony białą glazurą z szeregiem sklepów na parterze,
zablokowane skrzyżowanie, Volkswagen Santana jadący pod prąd i
oznaczający swoją obecność klaksonem, ... Krótka przerwa i następne
miasto. Zdezelowane rowery i motocykle, stragany, śmieci na ulicy,
budynek wyłożony białą glazurą ... Jak film odtwarzany w kółko. Z dala
od turystycznych atrakcji nie ma egzotyki. Nie ma punktów
charakterystycznych. Nie ma możliwości zorientowania się, gdzie
właściwie jesteś. Jest niedomyta i zaśmiecona beznadzieja miast
uodpornionych, póki co, na zmiany, zasiedlonych milionami ludzi, którym
nie zależy żeby wokół było czysto, żeby jakoś wyglądało. Nowo budowane
centra dużych miast, jak chociażby Szanghaju, opierają się nacierającemu
zewsząd bałaganowi, dzięki większym przestrzeniom jakie dali im do
dyspozycji architekci, ale głównie dzięki mrówczej pracy setek kobiet.
Kobiet które wychodzą o świcie na ulice ubrane w pomarańczowe kamizelki,
z twarzami zasłoniętymi ręcznikami spiętymi klamerką na wysokości nosa,
które to dzień w dzień sprzątają ulice traktowane jako śmietniki. Prawie
każdy sklepikarz, fryzjer, mechanik na przedmieściach i w małych
miastach kończy swój dzień wygarnięciem na ulicę, co mu się uzbierało
przez cały dzień.